Piwnica
Sześć osób, stary telewizor i dwa pady z odzysku.
Kooplandia nie miała planu ani nazwy. Miała sześć osób, jedną piwnicę i przekonanie, że wspólne przejście gry jest ciekawsze niż zwycięstwo w pojedynkę. Tak to się zaczęło, a oto ludzie, którzy trzymają ją przy życiu do dziś.
Operatorem serwisu jest WAFFLE ADVERTISING LTD, 85 Great Portland Street, London W1W 7LT, Wielka Brytania.
Pierwsza wersja Kooplandii nie miała nazwy ani adresu. Było sześć osób, jedna piwnica w kędzierzyńskim bloku, stary telewizor i dwa pady z odzysku. Sylwia Pająk, wtedy pracownica biura przewozowego, uparła się, że w grach nie ma nic ciekawszego niż wspólne dojście do końca. Przekonała resztę jednym wieczorem, kiedy cała szóstka pokonała poziom, na którym każdy z osobna odpadał.
Piwnica miała swoje wady: wilgoć jesienią, gasnące żarówki i sąsiadkę z parteru, która była pewna, że za ścianą ktoś robi remont. Miała też zaletę, której do dziś szukamy w każdym lokalu: nikt nie mógł się tam schować. Gdy grało sześć osób przy jednym ekranie, każdy musiał coś powiedzieć.
Kiedy w piwnicy zabrakło miejsca, ekipa przeniosła się na dwa sezony do świetlicy osiedlowej, a stamtąd do pożyczonej sali na pierwszym piętrze. Dopiero po kilku latach znaleźliśmy lokal po sklepie z częściami rowerowymi na Kozielskiej. Szyld został, półki z tyłu zamieniły się w regał z planszówkami, a na ladzie stanął czajnik.
Miasto dało nam więcej, niż samo przypuszcza. Kędzierzyn-Koźle składa się z kilku dzielnic, które dzielą rzeka i kanał, a łączą mosty, więc ludzie nauczyli się dojeżdżać. Przyjeżdżają do nas z Koźla, ze Sławięcic i z osiedli po drugiej stronie torów, a w piątek wieczorem w sali czuć zimny wiatr znad Odry.
Z czasem doszły osoby o innych zwyczajach: Elżbieta Smolińska, która wymyśliła wieczory sieciowe, żeby wciągnąć tych, co nie mogli wyjść z domu, Piotr Majewski, który spisuje nasze poradniki, i Henryk Ratajczak, który jako pierwszy wziął na siebie sędziowanie ligi. Każda z tych osób dołożyła cegiełkę, której nie da się wyjąć, nie naruszając muru.
Kartka z zasadami też ma swoją historię. Pierwsza wersja miała dwanaście punktów i nikt jej nie czytał. Sylwia skreślała po jednym punkcie po każdym wieczorze, który kończył się kłótnią, aż zostało osiem zdań, w których mieści się wszystko, co naprawdę trzeba wiedzieć. Dziś przepisuje ją odręcznie, gdy papier się zużyje.
Kim są ludzie, którzy siedzą dziś na kanapach? Nauczycielki po lekcjach, kolejarze po zmianie, pielęgniarki, studenci z wieczorowych kierunków i emeryci, którzy dawno przestali uważać, że komputer to tylko zabawa. Niektórzy pracują w fabrykach nad rzeką i wpadają prosto z autobusu, jeszcze w roboczych kurtkach.
To, co ich łączy, nie ma związku z grami. Łączy ich potrzeba, żeby ktoś na nich czekał i żeby było wiadomo, że jeśli się nie przyjdzie, ktoś zapyta, co słychać. W takim mieście jak nasze, rozciągniętym wzdłuż Odry i torów, bywa to cenniejsze niż każda gra.
Są też wieczory, kiedy nie dzieje się nic szczególnego. Siedzimy, ktoś robi herbatę, ktoś przegląda pudła na regale, ktoś opowiada o wizycie u lekarza. Te wieczory wspominam najchętniej, bo właśnie wtedy widać, że ekipa istnieje także poza grami.
Typowy czwartek wygląda tak: o siedemnastej trzydzieści Elżbieta zdejmuje z regału jedno pudło i kładzie je na środku stołu, bez słowa wyjaśnienia. Kto jest ciekawy, siada. Po kwadransie ktoś tłumaczy zasady, po pół godzinie gra już trwa, a po godzinie nikt nie pamięta, że miało być tylko na chwilę.
Elżbieta Smolińska układa nam tydzień: wie, że w poniedziałek przyjdzie dwunastu ludzi, we wtorek czterech, i dopasowuje do tego pudła. Piotr Majewski pilnuje poradników i zadaje wszystkim to samo pytanie: czy ktoś, kto nigdy nie widział tej gry, zrozumie, o co chodzi. Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, tekst wraca do poprawki.
Najdziwniejsze w historii Kooplandii jest to, że nikt nie planował zakładać klubu. Mieliśmy tylko jednego pada za mało i stół za mały. Dopiero gdy przyszło więcej osób, niż mogliśmy przyjąć, ktoś zapytał, czy tego nie nazwać, i tak już zostało.
Dziś klubownię prowadzi kilkanaście osób, w tym ja, Sebastian Urbański. Pilnuję czatu i dyżurów, odpisuję na wiadomości, a w wolnych chwilach tłumaczę nowym, dlaczego nie warto wygrywać na siłę. Nie ma u nas etatów: wszyscy robimy to po pracy, z własnej woli.

Sześć osób, stary telewizor i dwa pady z odzysku.
Pierwsza sala z oknem i prawdziwym stołem na kilku nogach.
Lokal po sklepie rowerowym z szyldem nad drzwiami.
Pierwsze porównanie czasów tego samego scenariusza.

moderator
Pilnuje czatu, dyżurów i tego, żeby nowe osoby dostały odpowiedź przed końcem dnia. Do Kooplandii trafił jako gość, który przyszedł na godzinę, a został na cały sezon. Pracuje w szkole zawodowej i dlatego ma cierpliwość do tłumaczenia tego samego trzy razy. Lubi gry o ucieczce z pułapek i nie znosi, kiedy ktoś gra za wszystkich. Przy każdej okazji powtarza, że najlepszy gracz to ten, który zadał pytanie jako pierwszy.

sędzia ligi
Najstarszy stażem i wiekiem, z zawodu elektromonter na kolei. Do sędziowania ligi wspólnej podszedł jak do rozkładu jazdy: czasy mierzy stoperem, wyniki wpisuje do zeszytu i nie wypuszcza drużyny na scenariusz bez sprawdzenia ustawień. Co sezon obiecuje, że to już ostatni, i co sezon wraca z nowym stoperem. Zeszyt z wynikami ma w skórzanej oprawie i nie pozwala nikomu go dotykać.

założycielka
Pracowała w biurze przewozowym, a dziś pracuje na pół etatu, żeby mieć wieczory dla Kooplandii. Wymyśliła zasadę z kartki przy drzwiach i do tej pory sama ją przepisuje, gdy papier się zniszczy. Ulubiony gatunek: wyprawy, w których wszyscy muszą się dogadać, żeby uciec z wyspy albo ze statku. Potrafi na dwie godziny zniknąć w zapomnianym pudle z grą sprzed lat i wrócić z gotowym pomysłem na sobotę.


Kooplandia jest dla osób od osiemnastego roku życia. Potwierdź, że masz tyle lat, i zapraszamy dalej.
Potwierdzenie zostaje w pamięci przeglądarki, możesz je usunąć w ustawieniach.